A tu nasza ekpia z zielonego Jeepa;]
25 grudnia 2009
Niespodzianka
Aż trudno w to uwierzyć... U nas w Polsce raczej niedopomyślenia i niedoprzełknięcia... Na ostatnich czwartkowych przedświątecznych zajęciach nasz kochany profesor z nudnego wykładu, któren ma za zadanie wprowadzić nas do niemieckiego systemu prawnego i niemieckiej terminologii zaprosił nas na Weihnachtsmarkt na świąteczny specjał... Glühwein... Oczywiście profesor stawiał:)


A tu nasza ekpia z zielonego Jeepa;]
A tu nasza ekpia z zielonego Jeepa;]
Świątecznie
Co by było, gdyby w ten magiczny czas każdy z Nas na moment się zatrzymał i zamiast na niebo spojrzał w oczy bliskiej osoby i w nich dopatrzył się pierwszego blasku… Gdyby choć raz dał więcej niż wziął… Gdyby rozpakował prezent i znalazł w nim ciepłe myśli dla innych. Jeśli przystroiłby choinkę miłością, dobrą wolą, dodatnim bilansem nadejścia i pożegnania… Co?? Mielibyśmy takie Święta jakich chce wam życzyć. Niech ważne będzie to co WAŻNE!!!

Wesołych Świąt!
Mimo tego, że Święta w domu z rodzinką to na koniec kilka przedświątecznych zdjęć z świątecznego Bonn:)

Altes Rathaus

Sternstrasse

Weihnachtsmarkt

Będąc na Weihnachtsmarkt nie można nie skosztować Glühwein jest to rodzaj niemieckiego grzanego korzennego wina. Powstaje ze zmieszania białych lub czerwonych win gronowych (bądź owocowych) z imbirem, cynamonem, goździkami, sokiem cytrynowym, cukrem i wodą. Może być także wzmocnione rumem lub arakiem. Napój podaje się na ciepło Smakuje wyśmienicie. Polecam!

Słodkości... Aż trudno się oprzeć...
Wesołych Świąt!
Mimo tego, że Święta w domu z rodzinką to na koniec kilka przedświątecznych zdjęć z świątecznego Bonn:)
Altes Rathaus
Sternstrasse
Weihnachtsmarkt
Będąc na Weihnachtsmarkt nie można nie skosztować Glühwein jest to rodzaj niemieckiego grzanego korzennego wina. Powstaje ze zmieszania białych lub czerwonych win gronowych (bądź owocowych) z imbirem, cynamonem, goździkami, sokiem cytrynowym, cukrem i wodą. Może być także wzmocnione rumem lub arakiem. Napój podaje się na ciepło Smakuje wyśmienicie. Polecam!
Słodkości... Aż trudno się oprzeć...
Drachenburg i Drachenfels
Tym razem fotorelacja z wypadu na Zamek Drachenfels (Siebengebirge) i Schloss Drachenburg. Znajdują się niedaleko Königswinter, około 10-15 km od Bonn. Są to niezwykłe miejsce… Zresztą sami zobaczycie.

Drachenfels to usadowiona na szczycie wzniesienia mroczna i tajemnicza budowla zdaje się górować nad całą okolicą. Zdecydowanie to miejsce jest godne polecenia na popołudniowe przechadzki i nie tylko… To miejsce żyje swoim życiem… Cisza… Spokój… piękne, niezapomniane widoki…

Drachenfels, najsłynniejsza góra Siedmiogórza, wznosząca się majestatycznie nad wodami Renu.

Tu bohater opowieści o Nibelungach, Zygfryd, stoczył swą walkę ze strasznym smokiem – ostatnim przedstawicielem swojego gatunku. Wszystko zaczęło się od legendarnego skarbu Nibelungów, ukrytego gdzieś w jaskini smoka – skarbu dotąd nieodnalezionego.

Troszkę historii…
Smocza Skała" była niegdyś ogromną warowną twierdzą która na stałe wpisała się w mroczną historię Germanii - krainy z niepohamowanymi jak zawsze zapędami do stworzenia Imperium. Niewiadomo dokładnie skąd wziął się zamek i na czyje zlecenie rozpoczęto budowę, wiąże sie to z niechlubną historią przybytku który już od samego początku nie szczycił się dobrą sławą w ówczesnym Kościele. Przez całą historię zamku dziesiątki razy próbowano zniszczyć twierdzę a wszelkie zapiski i dokumenty o przeklętej skale skrupulatnie palono. Pierwsze zachowane dokumenty pochodzą z roku 1040 kiedy to hrabia Kölner Erzbischof Arnold I objął władze nad Zamkiem.
Legendy podają, że kolejni właściciele zamku otrzymywali w spadku po nieznanym fundatorze przybytku niezwykłą moc. Mogli oni ponoć panować nad gnieżdżącymi sie w jaskiniach góry smokami.
W latach 1618-48 szaleje wojna 30-letnia, która doszczętnie rujnuje Zamek i posiadłości na wzgórzu. Podczas panowania ostatniego z prawowitych właścicieli zamku - Kölnera Kurfürsta Ferdinanda zamek popadł w ruinę. Od tego czasu zachowała sie [w części] jedynie północna wieża zwana Wieżą Diabła. Odrestaurowano jedno obserwatorium, które położone jest na zboczu dziś mieści się w nim muzeum gadów i zoo.


Legendy głoszą, że we wnętrzu wzgórza ciągle jeszcze leżą uśpione gady czekając na prawowitego właściciela gotowego objąć nowe krwawe rządy. Żaden z hrabiów Zamku nigdy nie został pochowany, a informacja o ich śmierci pozostaje zagadką. Miejscowa ludność jest za to przekonana że fundatorem ogromnego zamku był sam diabeł a kolejni panowie Smoczej Skały w zamian za siłę i nadludzkie zdolności oraz posłuch wśród smoków mieli oddać mu swą duszę.
Drachenfels to usadowiona na szczycie wzniesienia mroczna i tajemnicza budowla zdaje się górować nad całą okolicą. Zdecydowanie to miejsce jest godne polecenia na popołudniowe przechadzki i nie tylko… To miejsce żyje swoim życiem… Cisza… Spokój… piękne, niezapomniane widoki…
Drachenfels, najsłynniejsza góra Siedmiogórza, wznosząca się majestatycznie nad wodami Renu.
Tu bohater opowieści o Nibelungach, Zygfryd, stoczył swą walkę ze strasznym smokiem – ostatnim przedstawicielem swojego gatunku. Wszystko zaczęło się od legendarnego skarbu Nibelungów, ukrytego gdzieś w jaskini smoka – skarbu dotąd nieodnalezionego.
Troszkę historii…
Smocza Skała" była niegdyś ogromną warowną twierdzą która na stałe wpisała się w mroczną historię Germanii - krainy z niepohamowanymi jak zawsze zapędami do stworzenia Imperium. Niewiadomo dokładnie skąd wziął się zamek i na czyje zlecenie rozpoczęto budowę, wiąże sie to z niechlubną historią przybytku który już od samego początku nie szczycił się dobrą sławą w ówczesnym Kościele. Przez całą historię zamku dziesiątki razy próbowano zniszczyć twierdzę a wszelkie zapiski i dokumenty o przeklętej skale skrupulatnie palono. Pierwsze zachowane dokumenty pochodzą z roku 1040 kiedy to hrabia Kölner Erzbischof Arnold I objął władze nad Zamkiem.
Legendy podają, że kolejni właściciele zamku otrzymywali w spadku po nieznanym fundatorze przybytku niezwykłą moc. Mogli oni ponoć panować nad gnieżdżącymi sie w jaskiniach góry smokami.
W latach 1618-48 szaleje wojna 30-letnia, która doszczętnie rujnuje Zamek i posiadłości na wzgórzu. Podczas panowania ostatniego z prawowitych właścicieli zamku - Kölnera Kurfürsta Ferdinanda zamek popadł w ruinę. Od tego czasu zachowała sie [w części] jedynie północna wieża zwana Wieżą Diabła. Odrestaurowano jedno obserwatorium, które położone jest na zboczu dziś mieści się w nim muzeum gadów i zoo.
Legendy głoszą, że we wnętrzu wzgórza ciągle jeszcze leżą uśpione gady czekając na prawowitego właściciela gotowego objąć nowe krwawe rządy. Żaden z hrabiów Zamku nigdy nie został pochowany, a informacja o ich śmierci pozostaje zagadką. Miejscowa ludność jest za to przekonana że fundatorem ogromnego zamku był sam diabeł a kolejni panowie Smoczej Skały w zamian za siłę i nadludzkie zdolności oraz posłuch wśród smoków mieli oddać mu swą duszę.
30 listopada 2009
Refleksja
28 listopada 2009
Tanie linie lotnicze
Tym razem przestroga dla ludzi zamawiających bilety tzw. Tanimi liniami lotniczymi…
Pamiętajmy, że nigdy nie jest tak kolorowo jak się nam wydaje. Za atrakcyjną ceną zawsze kryje się jakiś haczyk. A jeśli jeszcze ktoś przy tym ma przyjaciela- pecha, któren raczej się z nami nie lubi rozstawać i oczywiście nie przegapi okazji by nam czasem nie pomóc to katastrofa murowana!
Przykład z życia wzięty. Rezerwacja biletu do Duesseldorfu. Oczywiście jedno z większych niemieckich lotnisk. Super! Tylko oczywiście nikt nie zwraca uwagi na małe dwie literki w nawiasie (WE) A osobę, która leci pierwszy raz samolotem , pełna obaw i stresu przed podróżą raczej nie zainteresuje ten jakże skromny zapis. Rzecz jasna nasz przyjaciel pech jest bardzo szczęśliwy, że będzie nam mógł towarzyszyć w tej podróży.
Pomyślne lądowanie… Osoba, która raczej nie ma szczęścia pomyśli hmm… Coś jest nie tak… Wszystko przebiegło sprawnie… Gdzie jest mój przyjaciel ? Oooo… jest! Po wyjściu z samolotu podaje Nam rękę z ogromnym uśmiechem i mówi: „ Witamy na lotnisku w Weeze”
Właśnie w tym momencie zdajemy sobie sprawę albo i nie, kto zna język to może zapytać przemiłej pani w informacji, że znajdujemy się jakieś 80 km od Duesseldorfu… Jesteśmy w niemałym szoku. Docieraj do nas informacje, że Duesseldorf wpuszcza na lotnisko tylko Lufthanse a samoloty typu Rayner lądują na drugim lotnisku, na które jest dość kiepski dojazd, i prawde mówiąc po godzinie 20:30 to nie ma już czym tam dojechać. No chyba, że ktoś dysponuje własnym samochodem, albo ma tyle pieniędzy, że stać go na taksówkę.
Pomijam fakt, że cały komitet powitalny, któren miał witać podróżnika czeka oczywiście na super dużym lotnisku w Duesseldorfie i dziwi się, że nigdzie nie ma lotów z Gdańska… Cóż … dobrze, że nasza technika rozwinęła się na tyle, że wymyślono telefony komórkowe i można było mimo dzielących nas 80 km od razu się skontaktować i ustalić co dalej.
Fakt, faktem podróż powrotna trasą Duisburg-Bonn trwała tyle co jazda samochodem z Elbląga do Hamburga, tak w przybliżeniu około 10 godzin… no ale w końcu podróżniczka dotarła do celu.
Jakby powiedział przewoźnik… Widziały gały co brały? No niby widziały, ale pamiętajmy, żeby wszystko dokładnie analizować i czytać. Odległość lotniska o 80 km nie była jeszcze tak straszna choć dojazd do niego jest tragiczny, ale zastanówmy się co by było jakby nasz przyjaciel czy członek rodziny nie znając języka wylądował w zupełnie innym państwie…? Co prawie udało się mojej kochanej Asiovej…
Pamiętajmy, że nigdy nie jest tak kolorowo jak się nam wydaje. Za atrakcyjną ceną zawsze kryje się jakiś haczyk. A jeśli jeszcze ktoś przy tym ma przyjaciela- pecha, któren raczej się z nami nie lubi rozstawać i oczywiście nie przegapi okazji by nam czasem nie pomóc to katastrofa murowana!
Przykład z życia wzięty. Rezerwacja biletu do Duesseldorfu. Oczywiście jedno z większych niemieckich lotnisk. Super! Tylko oczywiście nikt nie zwraca uwagi na małe dwie literki w nawiasie (WE) A osobę, która leci pierwszy raz samolotem , pełna obaw i stresu przed podróżą raczej nie zainteresuje ten jakże skromny zapis. Rzecz jasna nasz przyjaciel pech jest bardzo szczęśliwy, że będzie nam mógł towarzyszyć w tej podróży.
Pomyślne lądowanie… Osoba, która raczej nie ma szczęścia pomyśli hmm… Coś jest nie tak… Wszystko przebiegło sprawnie… Gdzie jest mój przyjaciel ? Oooo… jest! Po wyjściu z samolotu podaje Nam rękę z ogromnym uśmiechem i mówi: „ Witamy na lotnisku w Weeze”
Właśnie w tym momencie zdajemy sobie sprawę albo i nie, kto zna język to może zapytać przemiłej pani w informacji, że znajdujemy się jakieś 80 km od Duesseldorfu… Jesteśmy w niemałym szoku. Docieraj do nas informacje, że Duesseldorf wpuszcza na lotnisko tylko Lufthanse a samoloty typu Rayner lądują na drugim lotnisku, na które jest dość kiepski dojazd, i prawde mówiąc po godzinie 20:30 to nie ma już czym tam dojechać. No chyba, że ktoś dysponuje własnym samochodem, albo ma tyle pieniędzy, że stać go na taksówkę.
Pomijam fakt, że cały komitet powitalny, któren miał witać podróżnika czeka oczywiście na super dużym lotnisku w Duesseldorfie i dziwi się, że nigdzie nie ma lotów z Gdańska… Cóż … dobrze, że nasza technika rozwinęła się na tyle, że wymyślono telefony komórkowe i można było mimo dzielących nas 80 km od razu się skontaktować i ustalić co dalej.
Fakt, faktem podróż powrotna trasą Duisburg-Bonn trwała tyle co jazda samochodem z Elbląga do Hamburga, tak w przybliżeniu około 10 godzin… no ale w końcu podróżniczka dotarła do celu.
Jakby powiedział przewoźnik… Widziały gały co brały? No niby widziały, ale pamiętajmy, żeby wszystko dokładnie analizować i czytać. Odległość lotniska o 80 km nie była jeszcze tak straszna choć dojazd do niego jest tragiczny, ale zastanówmy się co by było jakby nasz przyjaciel czy członek rodziny nie znając języka wylądował w zupełnie innym państwie…? Co prawie udało się mojej kochanej Asiovej…
8 listopada 2009
Wykłady
Dziś może coś o nauce i moim planie zajęć. W końcu jakby nie było przyjechałam tutaj kształcić się;) A zabawa i zwiedzanie to tylko dodatek:) No więc tak, tutejszy system nauczania jest troszkę inny jak u nas w Polsce zresztą jak prawie wszystko;]
Tutaj nikt niczego nie narzuca. To student decyduje na jakie przedmioty chce chodzić a nawet jak zakończy się jego przedmiot, czyli jaki będzie egzamin końcowy. Uczelnie interesuje jedynie to, aby student w semestrze uzyskał minimum 30 punktów ECTS a jak już to zrobi to jego sprawa. W zależności od tego jak kończy się przedmiot tzn czy to będzie krótki egzamin ustny, praca pisemna na ok. 10 stron albo praca na 25 stron, egzamin pisemny czy długi egzamin ustny uzyska się odpowiednią liczbę punktów. Tak więc to student sam decyduje czy za dany przedmiot dostanie 4 punkty ECTS 6, 8 a może nawet 10 punktów ECTS.
Ja dobierałam sobie tak przedmioty, aby po powrocie do Polski mieć jak najmniej do nadrabiania. Dodatkowo zapisałam się na kurs językowy. Odbywa się w poniedziałki i we wtorki. Początkowo zastanawiałam się i byłam pełna obaw jak będzie wyglądać nauka języka niemieckiego po niemiecku, ale teraz widzę, że był to dobry pomysł i w ogóle nie żałuję. W grupie językowej są ze mną ludzie z Hiszpanii, Czech, Anglii, Turcji i Francji. Muszę przyznać, że taki kurs dale nie tylko możliwość nauki języka, ale i poznanie życia w innych krajach.
Np. na ostatnich zajęciach pani prowadząca była bardzo zdziwiona iż w Polsce, Czechach i Hiszpanii nie można pic alkoholu w miejscach publicznych. Tutaj to normalne. Nikogo nie dziwi spacer nad Renem z butelką piwa. A żeby było lepiej piwo i wino młodzież może kupić legalnie już od 16 roku życia… Jednak mocniejsze trunki od 18 lat. Osobiście wychodzę z założenia, że do upicia nie potrzeba wódki czy innych mocniejszych trunków i jeśli ktoś chce, aby zaszumiało mu w głowie, to spokojnie może to zrobić winem czy piwem, więc trochę nie rozumiem tego niemieckiego rozgraniczenia…
Wykłady tutaj z założenia powinny trwać 2 godziny. Tak jest w planie, ale i tak wszystkie zaczynają się 15 minut później i kończą 15 minut wcześniej. Szczerze powiedziawszy taki wykład po niemiecku męczy 3 razy bardziej niż wykład po polsku. Trzeba dobrze się wsłuchać i skupić aby zrozumieć co profesor mieli językiem. Niektórzy mówią tak szybko, że jestem w stanie wyłapać co trzecie słowo. Natomiast np. profesor filozofii mówi dość powoli, ale niewyraźnie tak więc na jedno wychodzi. Jak uda mi się zanotować choć jedna stronę to naprawdę jest to wielki sukces. Jestem tu już ponad miesiąc a do tej pory nie mogę przyzwyczaić się do tego, że w ramach podziękowania profesorowi za wykład studenci pukają w ławki… Dla nas polskich studentów to dość dziwne, ale tu po prostu tak jest.
Oprócz języka chodzę jeszcze na:
Finanverfasungsrecht
Besonders Verwaltungsrecht I Polizei Und Ordnung recht
Tutorium dla Erasmusów, Rechtsphilosophie
Einfuehrung In das deutsche Rechtssystem und die Deutsche Rechtsterminologie
Seminar zu ausgewählten Problemen des Strafprozeßrechts und der EMRK.
Niestety wszystkie zajęcia są wieczorami, tak więc do domu wracam zazwyczaj około 20, ale za to piątki mam wolne Fakt faktem szybciej do domu nie pojadę jak to było na mojej uczelni w Polsce, ale zawsze można gdzieś już w czwartek wieczorem wyjść i poszaleć.
A tutaj fotki z takiego jednego nocnego szaleństwa :)



Tutaj nikt niczego nie narzuca. To student decyduje na jakie przedmioty chce chodzić a nawet jak zakończy się jego przedmiot, czyli jaki będzie egzamin końcowy. Uczelnie interesuje jedynie to, aby student w semestrze uzyskał minimum 30 punktów ECTS a jak już to zrobi to jego sprawa. W zależności od tego jak kończy się przedmiot tzn czy to będzie krótki egzamin ustny, praca pisemna na ok. 10 stron albo praca na 25 stron, egzamin pisemny czy długi egzamin ustny uzyska się odpowiednią liczbę punktów. Tak więc to student sam decyduje czy za dany przedmiot dostanie 4 punkty ECTS 6, 8 a może nawet 10 punktów ECTS.
Ja dobierałam sobie tak przedmioty, aby po powrocie do Polski mieć jak najmniej do nadrabiania. Dodatkowo zapisałam się na kurs językowy. Odbywa się w poniedziałki i we wtorki. Początkowo zastanawiałam się i byłam pełna obaw jak będzie wyglądać nauka języka niemieckiego po niemiecku, ale teraz widzę, że był to dobry pomysł i w ogóle nie żałuję. W grupie językowej są ze mną ludzie z Hiszpanii, Czech, Anglii, Turcji i Francji. Muszę przyznać, że taki kurs dale nie tylko możliwość nauki języka, ale i poznanie życia w innych krajach.
Np. na ostatnich zajęciach pani prowadząca była bardzo zdziwiona iż w Polsce, Czechach i Hiszpanii nie można pic alkoholu w miejscach publicznych. Tutaj to normalne. Nikogo nie dziwi spacer nad Renem z butelką piwa. A żeby było lepiej piwo i wino młodzież może kupić legalnie już od 16 roku życia… Jednak mocniejsze trunki od 18 lat. Osobiście wychodzę z założenia, że do upicia nie potrzeba wódki czy innych mocniejszych trunków i jeśli ktoś chce, aby zaszumiało mu w głowie, to spokojnie może to zrobić winem czy piwem, więc trochę nie rozumiem tego niemieckiego rozgraniczenia…
Wykłady tutaj z założenia powinny trwać 2 godziny. Tak jest w planie, ale i tak wszystkie zaczynają się 15 minut później i kończą 15 minut wcześniej. Szczerze powiedziawszy taki wykład po niemiecku męczy 3 razy bardziej niż wykład po polsku. Trzeba dobrze się wsłuchać i skupić aby zrozumieć co profesor mieli językiem. Niektórzy mówią tak szybko, że jestem w stanie wyłapać co trzecie słowo. Natomiast np. profesor filozofii mówi dość powoli, ale niewyraźnie tak więc na jedno wychodzi. Jak uda mi się zanotować choć jedna stronę to naprawdę jest to wielki sukces. Jestem tu już ponad miesiąc a do tej pory nie mogę przyzwyczaić się do tego, że w ramach podziękowania profesorowi za wykład studenci pukają w ławki… Dla nas polskich studentów to dość dziwne, ale tu po prostu tak jest.
Oprócz języka chodzę jeszcze na:
Finanverfasungsrecht
Besonders Verwaltungsrecht I Polizei Und Ordnung recht
Tutorium dla Erasmusów, Rechtsphilosophie
Einfuehrung In das deutsche Rechtssystem und die Deutsche Rechtsterminologie
Seminar zu ausgewählten Problemen des Strafprozeßrechts und der EMRK.
Niestety wszystkie zajęcia są wieczorami, tak więc do domu wracam zazwyczaj około 20, ale za to piątki mam wolne Fakt faktem szybciej do domu nie pojadę jak to było na mojej uczelni w Polsce, ale zawsze można gdzieś już w czwartek wieczorem wyjść i poszaleć.
A tutaj fotki z takiego jednego nocnego szaleństwa :)



4 listopada 2009
Służba zdrowia
Hmmm… Życie potrafi zaskakiwać. Niby każdy z nas planuje co będzie robić jutro, pojutrze… Planuje wyjazdy, spotkania na kilka dni wcześniej, ale rzadko kiedy bierze pod uwagę, że może to się nie udać. Rzadko zastanawia się, że może wydarzyć się coś co zmieni jego plany a nawet całkowicie odwróci bieg jego życia.
Ja również nie sądziłam, że tak wiele mnie tu spotka. Dawno nie pisałam, ale po prostu ciężko ubrać w słowa to co tu się dzieje. Tu po prostu trzeba być. Zobaczyć samemu. Poczuć tą Erasmusową atmosferę.
Minął kolejny tydzień. Coraz bardziej przekonuje się, że ciężko będzie mi stąd wyjechać. Pożegnać się z tymi wspaniałymi ludźmi, których tutaj poznałam. Sprawdza się tu stare porzekadło iż :
„ Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”
Nie przypuszczałabym nigdy, że po pierwsze tak się tu rozchoruje, że będę potrzebowała osoby, która będzie za mnie mówić lekarzowi co mi dolega, bo ja nie będę w stanie wydusić z siebie dźwięku, że każde wypowiedziane słowo będzie sprawiać mi niesamowity ból. Jak również nigdy bym nie podejrzewała, że spotka mnie tyle miłego ze strony innych Erasmusów. Doszłam już troszkę do siebie. Podobno nabrałam kolorków i zaczęłam się uśmiechać. Czyli jest już w miare dobrze, Choć jeszcze sporo czasu potrzeba, by wróciła tamta Anna. Tak naprawdę gdyby nie Oni, to pewnie byłabym dalej wegetującym warzywem, które nie było w stanie wstać z łóżka i napić się soku, nie wspominając już o jedzeniu.
Niektórzy z was to czytają inni nie. Mimo wszystko dziękuję za opiekę, zakupy za to, że po prostu byliście i nie baliście się, że was zarażę ;)
Zadziwiające jest również tutejsze podejście lekarzy do pacjentów. Pomijam fakt, że zanim zobaczyłam lekarza to musiałam już na wstępie czyli za samo zapisanie zapłacić 10 euro. Każdy lekarz wita się z chorym, podaje mu rękę, siada tak by był na wysokości pacjenta, aby ten mógł go dobrze widzieć. Początkowo sądziłam, że jako obcokrajowiec zostanę potraktowana przedmiotowo. Nic podobnego. Pani doktor była bardzo miła, wysłuchała, wszystko wyjaśniła, gdzie pójść i jakie formalności załatwić. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem i śmiem twierdzić że nasi polscy lekarze powinni brać z nich przykład. Może i w Polsce jest lepsze przygotowanie, nauka na wyższym poziomie, ale nie uczy się szacunku do pacjenta a to też jest bardzo ważne. Pacjent powinien czuć się dobrze i komfortowo podczas wizyty lekarskiej lub pobytu w szpitalu. Tutaj przy każdym obchodzie lekarskim jest tłumaczone pacjentowi na co jest chory, dlaczego ma takie i takie badania robione, przedstawiany jest cały stan zdrowia. Natomiast pobieranie krwi to jeden wielki rytuał. Lekarz zanim pobierze krew to 5 razy pogłaszcze, spyta jak się czujesz, 10 raz zdezynfekuje chore miejsce... A jak pacjent źle się poczuje i okaże się, że nie jadł śniadania. To 5 pielęgniarek leci po cole drugie 5 bo pączka, następne po łózko i czysta piżamkę.
Polsce niestety jeszcze daleko do zachodnich sąsiadów... A szkoda...
Ja również nie sądziłam, że tak wiele mnie tu spotka. Dawno nie pisałam, ale po prostu ciężko ubrać w słowa to co tu się dzieje. Tu po prostu trzeba być. Zobaczyć samemu. Poczuć tą Erasmusową atmosferę.
Minął kolejny tydzień. Coraz bardziej przekonuje się, że ciężko będzie mi stąd wyjechać. Pożegnać się z tymi wspaniałymi ludźmi, których tutaj poznałam. Sprawdza się tu stare porzekadło iż :
„ Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”
Nie przypuszczałabym nigdy, że po pierwsze tak się tu rozchoruje, że będę potrzebowała osoby, która będzie za mnie mówić lekarzowi co mi dolega, bo ja nie będę w stanie wydusić z siebie dźwięku, że każde wypowiedziane słowo będzie sprawiać mi niesamowity ból. Jak również nigdy bym nie podejrzewała, że spotka mnie tyle miłego ze strony innych Erasmusów. Doszłam już troszkę do siebie. Podobno nabrałam kolorków i zaczęłam się uśmiechać. Czyli jest już w miare dobrze, Choć jeszcze sporo czasu potrzeba, by wróciła tamta Anna. Tak naprawdę gdyby nie Oni, to pewnie byłabym dalej wegetującym warzywem, które nie było w stanie wstać z łóżka i napić się soku, nie wspominając już o jedzeniu.
Niektórzy z was to czytają inni nie. Mimo wszystko dziękuję za opiekę, zakupy za to, że po prostu byliście i nie baliście się, że was zarażę ;)
Zadziwiające jest również tutejsze podejście lekarzy do pacjentów. Pomijam fakt, że zanim zobaczyłam lekarza to musiałam już na wstępie czyli za samo zapisanie zapłacić 10 euro. Każdy lekarz wita się z chorym, podaje mu rękę, siada tak by był na wysokości pacjenta, aby ten mógł go dobrze widzieć. Początkowo sądziłam, że jako obcokrajowiec zostanę potraktowana przedmiotowo. Nic podobnego. Pani doktor była bardzo miła, wysłuchała, wszystko wyjaśniła, gdzie pójść i jakie formalności załatwić. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem i śmiem twierdzić że nasi polscy lekarze powinni brać z nich przykład. Może i w Polsce jest lepsze przygotowanie, nauka na wyższym poziomie, ale nie uczy się szacunku do pacjenta a to też jest bardzo ważne. Pacjent powinien czuć się dobrze i komfortowo podczas wizyty lekarskiej lub pobytu w szpitalu. Tutaj przy każdym obchodzie lekarskim jest tłumaczone pacjentowi na co jest chory, dlaczego ma takie i takie badania robione, przedstawiany jest cały stan zdrowia. Natomiast pobieranie krwi to jeden wielki rytuał. Lekarz zanim pobierze krew to 5 razy pogłaszcze, spyta jak się czujesz, 10 raz zdezynfekuje chore miejsce... A jak pacjent źle się poczuje i okaże się, że nie jadł śniadania. To 5 pielęgniarek leci po cole drugie 5 bo pączka, następne po łózko i czysta piżamkę.
Polsce niestety jeszcze daleko do zachodnich sąsiadów... A szkoda...
23 października 2009
Wycieczka do Aachen
A więc tak. Obiecany Welcome Week czyli poznawanie miasta, uczelni, innych Erasmusów no i wspólne imprezowanie. Do tego trzeba było załatwić też troszkę formalności, meldunek w urzędzie miasta, założenie konta. No i nie ma to jak w pierwszy dzień zgubić się w nieznanym mieście, potem wsiąść do nieodpowiedniego U-Bahnu a na koniec o 2 w nocy spóźnić się na ostatni pociąg no i co za tym idzie? Wracać pieszo na dzielnicę latających noży;] ale nie było aż tak źle. Dotarliśmy wszyscy na miejsce. No prawie wszyscy… Bo zgubiliśmy jednego Francuzika…
Cały Welcome Week zakończył się wycieczką do Aachen i Holandii. Fotorelacja poniżej.
Zadaniem numer jeden było znalezienie wyjścia z labiryntu. Oczywiste jest to, że nie obyło się bez atrakcji. Panna Anna jak zawsze musiała się zgubić i przeskakiwać przez płot… Jednak dzięki dwóm uprzejmym Panom udało się jej dotrzeć do wyjścia.



Natomiast zadaniem numer dwa było zrozumienie o czym opowiada przewodnik…;-]
Aachen. Inaczej Akwizgran. Piękne miasto, które jest położone na styku trzech granic: Niemiec, Belgii i Holandii. Zachwyca ono prześliczną katedrą oraz ratuszem. Aachen od zawsze było kojarzone z Karolem Wielkim.
Powiew historii wciąż daje się odczuć podczas spaceru po centrum starego miasta, z jego zapierającą dech w piersi katedrą, która została wybudowana za czasów Karola Wielkiego. Jest to pierwszy niemiecki zabytek, który w 1978 roku został wpisany na Listę Dziedzictwa Światowego UNESCO. W katedrze znajdują się bardzo cenne relikwie, do których od średniowiecza, co 7 lat pielgrzymują chrześcijanie.
Dokonano w niej koronacji 31 królów niemieckich. Później miejsce koronacji przeniesiono do Frankfurtu nad Menem.


Finałem całego wypadu rzecz jasna było piwko w polsko-francuskim towarzystwie;)
Cały Welcome Week zakończył się wycieczką do Aachen i Holandii. Fotorelacja poniżej.
Zadaniem numer jeden było znalezienie wyjścia z labiryntu. Oczywiste jest to, że nie obyło się bez atrakcji. Panna Anna jak zawsze musiała się zgubić i przeskakiwać przez płot… Jednak dzięki dwóm uprzejmym Panom udało się jej dotrzeć do wyjścia.
Natomiast zadaniem numer dwa było zrozumienie o czym opowiada przewodnik…;-]
Aachen. Inaczej Akwizgran. Piękne miasto, które jest położone na styku trzech granic: Niemiec, Belgii i Holandii. Zachwyca ono prześliczną katedrą oraz ratuszem. Aachen od zawsze było kojarzone z Karolem Wielkim.
Powiew historii wciąż daje się odczuć podczas spaceru po centrum starego miasta, z jego zapierającą dech w piersi katedrą, która została wybudowana za czasów Karola Wielkiego. Jest to pierwszy niemiecki zabytek, który w 1978 roku został wpisany na Listę Dziedzictwa Światowego UNESCO. W katedrze znajdują się bardzo cenne relikwie, do których od średniowiecza, co 7 lat pielgrzymują chrześcijanie.
Dokonano w niej koronacji 31 królów niemieckich. Później miejsce koronacji przeniesiono do Frankfurtu nad Menem.
Finałem całego wypadu rzecz jasna było piwko w polsko-francuskim towarzystwie;)
19 października 2009
Akademik
No dobra teraz coś dla potomnych :-)
Obiecałam założyć bloga, więc jest… Teraz tylko niestety brak mi czasu na napisanie czegokolwiek. Czas tutaj tak szybko leci… Szkoda że doba nie ma troszkę więcej godzin. Tak jakby miała jeszcze +12 to sądzę, że byłoby ok. No dobra +6 :-) Wtedy starczyłoby czasu na wszystko. Aż trudno mi uwierzyć, że jestem już tu 3 tygodnie.
Poznałam tu różnych ludzi. Z jednymi zaprzyjaźniłam się bardziej z innymi zamieniłam tylko kilka słów. Erasmus to świetna okazja na naukę języka, poznawanie kultury i zwyczajów innych narodowości. Akurat tutaj są ku temu dobre warunki. Zarówno w akademiku jak i na ulicach jest dość różnorodnie. Powiedziałabym nawet, że kolorowo :-)
Mieszkam w akademiku – wieżowcu (12 pięter), w którym znajduje się 311 pokoi, więc to dość sporo. Akademik powstał w latach 70 z tego co widać na poniższych zdjęciach to raczej od tamtego czasu nie był modernizowany.

Pozytywna stroną jest to, że każdy ma tutaj własny pokój z małą łazieneczką tak więc wycieczki do mycia są mi obce. Natomiast Kuchnia znajduje się na korytarzu. Jest dość duża tylko że zapachy jakie się z niej wydobywają, gdy oblegana jest przez Chinolów są czasem niedozniesienia.
Poniżej kilka zdjęć mojego królestwa...
ŁAZIENKA

POKÓJ


W budynku są 3 windy i za każdym razem jak nimi jadę to mam wrażenie, że zaraz się rozleci ;) Ogólnie akademik nie robi dobrego wrażenia. Przywitała mnie śmierdząca lodówka z grzybem i zapchana kanaliza, gdzie przy braniu prysznica woda wypływała z kratki na całą łazienkę.
LODÓWKA

MÓJ GRZYBEK


KUCHNIA

O dzielnicy w której mieszkam czyli Tannenbusch mówi się że to getto… Nazwa mówi sama za siebie. Chyba nie trzeba nikomu nic tłumaczyć o co chodzi… Biały człowiek to tutaj naprawdę rzadkość… Dzielnica w większości jest zamieszkana przez Turków, Murzynów, Arabów i Chińczyków. Na piętrze jestem jedyną białą kobietą. Czuję się dość nieswojo, gdy wpadam do kuchni ugotować torebkę ryżu, albo parówki i słyszę tylko murzyńskie przekrzykiwanie, z którego rzecz jasna nic nie rozumiem. Podobno można się do wszystkiego przyzwyczaić. Kto wie może i zacznę się uczyć murzyńskiego:-)
No i mój widok z okna...

Do centrum i na uczelnię jest dość spory kawałek, ale dużym plusem jest to, że są świetne połączenia. Co 10-15 minut jedzie U-Bahn i w ciągu 9 minut dojeżdżam nim pod sam wydział. Bardzo blisko mam też HIT-a. Tani Market w stylu naszej Biedronki, którego marką są produkty o nazwie „JA” z naprawdę atrakcyjnymi cenami, które kuszą niejednego studenta:-) no i obok polski sklep:)
Wkrótce relacja z Welcome Week.
Obiecałam założyć bloga, więc jest… Teraz tylko niestety brak mi czasu na napisanie czegokolwiek. Czas tutaj tak szybko leci… Szkoda że doba nie ma troszkę więcej godzin. Tak jakby miała jeszcze +12 to sądzę, że byłoby ok. No dobra +6 :-) Wtedy starczyłoby czasu na wszystko. Aż trudno mi uwierzyć, że jestem już tu 3 tygodnie.
Poznałam tu różnych ludzi. Z jednymi zaprzyjaźniłam się bardziej z innymi zamieniłam tylko kilka słów. Erasmus to świetna okazja na naukę języka, poznawanie kultury i zwyczajów innych narodowości. Akurat tutaj są ku temu dobre warunki. Zarówno w akademiku jak i na ulicach jest dość różnorodnie. Powiedziałabym nawet, że kolorowo :-)
Mieszkam w akademiku – wieżowcu (12 pięter), w którym znajduje się 311 pokoi, więc to dość sporo. Akademik powstał w latach 70 z tego co widać na poniższych zdjęciach to raczej od tamtego czasu nie był modernizowany.
Pozytywna stroną jest to, że każdy ma tutaj własny pokój z małą łazieneczką tak więc wycieczki do mycia są mi obce. Natomiast Kuchnia znajduje się na korytarzu. Jest dość duża tylko że zapachy jakie się z niej wydobywają, gdy oblegana jest przez Chinolów są czasem niedozniesienia.
Poniżej kilka zdjęć mojego królestwa...
ŁAZIENKA
POKÓJ
W budynku są 3 windy i za każdym razem jak nimi jadę to mam wrażenie, że zaraz się rozleci ;) Ogólnie akademik nie robi dobrego wrażenia. Przywitała mnie śmierdząca lodówka z grzybem i zapchana kanaliza, gdzie przy braniu prysznica woda wypływała z kratki na całą łazienkę.
LODÓWKA
MÓJ GRZYBEK
KUCHNIA
O dzielnicy w której mieszkam czyli Tannenbusch mówi się że to getto… Nazwa mówi sama za siebie. Chyba nie trzeba nikomu nic tłumaczyć o co chodzi… Biały człowiek to tutaj naprawdę rzadkość… Dzielnica w większości jest zamieszkana przez Turków, Murzynów, Arabów i Chińczyków. Na piętrze jestem jedyną białą kobietą. Czuję się dość nieswojo, gdy wpadam do kuchni ugotować torebkę ryżu, albo parówki i słyszę tylko murzyńskie przekrzykiwanie, z którego rzecz jasna nic nie rozumiem. Podobno można się do wszystkiego przyzwyczaić. Kto wie może i zacznę się uczyć murzyńskiego:-)
No i mój widok z okna...
Do centrum i na uczelnię jest dość spory kawałek, ale dużym plusem jest to, że są świetne połączenia. Co 10-15 minut jedzie U-Bahn i w ciągu 9 minut dojeżdżam nim pod sam wydział. Bardzo blisko mam też HIT-a. Tani Market w stylu naszej Biedronki, którego marką są produkty o nazwie „JA” z naprawdę atrakcyjnymi cenami, które kuszą niejednego studenta:-) no i obok polski sklep:)
Wkrótce relacja z Welcome Week.
16 października 2009
Na początek słów kilka...
O czym będzie blog?? Na pewno o mnie, o tym co się dookoła mnie dzieje. Kilkanaście dni temu zaczęłam nowe życie. Życie ERASMUSA. Mam zamiar brać pełnymi garściami to czym obdarował mnie los. Wykorzystać szansę, która zapewne już się nie powtórzy. Czas na zmiany.
Ból który przesłaniał blask moich oczu zostawiam gdzieś daleko, zapominam o tęsknocie, która zalewała moje serce. Osuszam łzy blaskiem porannego słońca. Noc poświęcam na spokojny sen, który daje mi siły do życia. Otwieram drzwi Nadziei, która z uśmiechem wkracza do mojego serca, która mówi, że nadszedł czas narodzić się na nowo, odnaleźć niewinność i radość, która znowu sprowadzi światło do mojego życia.
Tak! Erasmus to odpowiedni moment na zamknięcie tego co było. Nowi ludzie, nowe życie, nowa ja! :-)
Ból który przesłaniał blask moich oczu zostawiam gdzieś daleko, zapominam o tęsknocie, która zalewała moje serce. Osuszam łzy blaskiem porannego słońca. Noc poświęcam na spokojny sen, który daje mi siły do życia. Otwieram drzwi Nadziei, która z uśmiechem wkracza do mojego serca, która mówi, że nadszedł czas narodzić się na nowo, odnaleźć niewinność i radość, która znowu sprowadzi światło do mojego życia.
Tak! Erasmus to odpowiedni moment na zamknięcie tego co było. Nowi ludzie, nowe życie, nowa ja! :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)