30 listopada 2009

Refleksja


Podobno kiedy rodzi się człowiek to z nieba spada dusza i rozpada się na dwie części... Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny... Natomiast całe życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy... Połowy swojej duszy... Połowy samego siebie...

28 listopada 2009

Tanie linie lotnicze

Tym razem przestroga dla ludzi zamawiających bilety tzw. Tanimi liniami lotniczymi…
Pamiętajmy, że nigdy nie jest tak kolorowo jak się nam wydaje. Za atrakcyjną ceną zawsze kryje się jakiś haczyk. A jeśli jeszcze ktoś przy tym ma przyjaciela- pecha, któren raczej się z nami nie lubi rozstawać i oczywiście nie przegapi okazji by nam czasem nie pomóc to katastrofa murowana!
Przykład z życia wzięty. Rezerwacja biletu do Duesseldorfu. Oczywiście jedno z większych niemieckich lotnisk. Super! Tylko oczywiście nikt nie zwraca uwagi na małe dwie literki w nawiasie (WE) A osobę, która leci pierwszy raz samolotem , pełna obaw i stresu przed podróżą raczej nie zainteresuje ten jakże skromny zapis. Rzecz jasna nasz przyjaciel pech jest bardzo szczęśliwy, że będzie nam mógł towarzyszyć w tej podróży.
Pomyślne lądowanie… Osoba, która raczej nie ma szczęścia pomyśli hmm… Coś jest nie tak… Wszystko przebiegło sprawnie… Gdzie jest mój przyjaciel ? Oooo… jest! Po wyjściu z samolotu podaje Nam rękę z ogromnym uśmiechem i mówi: „ Witamy na lotnisku w Weeze”
Właśnie w tym momencie zdajemy sobie sprawę albo i nie, kto zna język to może zapytać przemiłej pani w informacji, że znajdujemy się jakieś 80 km od Duesseldorfu… Jesteśmy w niemałym szoku. Docieraj do nas informacje, że Duesseldorf wpuszcza na lotnisko tylko Lufthanse a samoloty typu Rayner lądują na drugim lotnisku, na które jest dość kiepski dojazd, i prawde mówiąc po godzinie 20:30 to nie ma już czym tam dojechać. No chyba, że ktoś dysponuje własnym samochodem, albo ma tyle pieniędzy, że stać go na taksówkę.
Pomijam fakt, że cały komitet powitalny, któren miał witać podróżnika czeka oczywiście na super dużym lotnisku w Duesseldorfie i dziwi się, że nigdzie nie ma lotów z Gdańska… Cóż … dobrze, że nasza technika rozwinęła się na tyle, że wymyślono telefony komórkowe i można było mimo dzielących nas 80 km od razu się skontaktować i ustalić co dalej.
Fakt, faktem podróż powrotna trasą Duisburg-Bonn trwała tyle co jazda samochodem z Elbląga do Hamburga, tak w przybliżeniu około 10 godzin… no ale w końcu podróżniczka dotarła do celu.
Jakby powiedział przewoźnik… Widziały gały co brały? No niby widziały, ale pamiętajmy, żeby wszystko dokładnie analizować i czytać. Odległość lotniska o 80 km nie była jeszcze tak straszna choć dojazd do niego jest tragiczny, ale zastanówmy się co by było jakby nasz przyjaciel czy członek rodziny nie znając języka wylądował w zupełnie innym państwie…? Co prawie udało się mojej kochanej Asiovej…

8 listopada 2009

Wykłady

Dziś może coś o nauce i moim planie zajęć. W końcu jakby nie było przyjechałam tutaj kształcić się;) A zabawa i zwiedzanie to tylko dodatek:) No więc tak, tutejszy system nauczania jest troszkę inny jak u nas w Polsce zresztą jak prawie wszystko;]
Tutaj nikt niczego nie narzuca. To student decyduje na jakie przedmioty chce chodzić a nawet jak zakończy się jego przedmiot, czyli jaki będzie egzamin końcowy. Uczelnie interesuje jedynie to, aby student w semestrze uzyskał minimum 30 punktów ECTS a jak już to zrobi to jego sprawa. W zależności od tego jak kończy się przedmiot tzn czy to będzie krótki egzamin ustny, praca pisemna na ok. 10 stron albo praca na 25 stron, egzamin pisemny czy długi egzamin ustny uzyska się odpowiednią liczbę punktów. Tak więc to student sam decyduje czy za dany przedmiot dostanie 4 punkty ECTS 6, 8 a może nawet 10 punktów ECTS.

Ja dobierałam sobie tak przedmioty, aby po powrocie do Polski mieć jak najmniej do nadrabiania. Dodatkowo zapisałam się na kurs językowy. Odbywa się w poniedziałki i we wtorki. Początkowo zastanawiałam się i byłam pełna obaw jak będzie wyglądać nauka języka niemieckiego po niemiecku, ale teraz widzę, że był to dobry pomysł i w ogóle nie żałuję. W grupie językowej są ze mną ludzie z Hiszpanii, Czech, Anglii, Turcji i Francji. Muszę przyznać, że taki kurs dale nie tylko możliwość nauki języka, ale i poznanie życia w innych krajach.

Np. na ostatnich zajęciach pani prowadząca była bardzo zdziwiona iż w Polsce, Czechach i Hiszpanii nie można pic alkoholu w miejscach publicznych. Tutaj to normalne. Nikogo nie dziwi spacer nad Renem z butelką piwa. A żeby było lepiej piwo i wino młodzież może kupić legalnie już od 16 roku życia… Jednak mocniejsze trunki od 18 lat. Osobiście wychodzę z założenia, że do upicia nie potrzeba wódki czy innych mocniejszych trunków i jeśli ktoś chce, aby zaszumiało mu w głowie, to spokojnie może to zrobić winem czy piwem, więc trochę nie rozumiem tego niemieckiego rozgraniczenia…

Wykłady tutaj z założenia powinny trwać 2 godziny. Tak jest w planie, ale i tak wszystkie zaczynają się 15 minut później i kończą 15 minut wcześniej. Szczerze powiedziawszy taki wykład po niemiecku męczy 3 razy bardziej niż wykład po polsku. Trzeba dobrze się wsłuchać i skupić aby zrozumieć co profesor mieli językiem. Niektórzy mówią tak szybko, że jestem w stanie wyłapać co trzecie słowo. Natomiast np. profesor filozofii mówi dość powoli, ale niewyraźnie tak więc na jedno wychodzi. Jak uda mi się zanotować choć jedna stronę to naprawdę jest to wielki sukces. Jestem tu już ponad miesiąc a do tej pory nie mogę przyzwyczaić się do tego, że w ramach podziękowania profesorowi za wykład studenci pukają w ławki… Dla nas polskich studentów to dość dziwne, ale tu po prostu tak jest.

Oprócz języka chodzę jeszcze na:

Finanverfasungsrecht
Besonders Verwaltungsrecht I Polizei Und Ordnung recht
Tutorium dla Erasmusów, Rechtsphilosophie
Einfuehrung In das deutsche Rechtssystem und die Deutsche Rechtsterminologie
Seminar zu ausgewählten Problemen des Strafprozeßrechts und der EMRK.

Niestety wszystkie zajęcia są wieczorami, tak więc do domu wracam zazwyczaj około 20, ale za to piątki mam wolne Fakt faktem szybciej do domu nie pojadę jak to było na mojej uczelni w Polsce, ale zawsze można gdzieś już w czwartek wieczorem wyjść i poszaleć.

A tutaj fotki z takiego jednego nocnego szaleństwa :)














4 listopada 2009

Służba zdrowia

Hmmm… Życie potrafi zaskakiwać. Niby każdy z nas planuje co będzie robić jutro, pojutrze… Planuje wyjazdy, spotkania na kilka dni wcześniej, ale rzadko kiedy bierze pod uwagę, że może to się nie udać. Rzadko zastanawia się, że może wydarzyć się coś co zmieni jego plany a nawet całkowicie odwróci bieg jego życia.

Ja również nie sądziłam, że tak wiele mnie tu spotka. Dawno nie pisałam, ale po prostu ciężko ubrać w słowa to co tu się dzieje. Tu po prostu trzeba być. Zobaczyć samemu. Poczuć tą Erasmusową atmosferę.

Minął kolejny tydzień. Coraz bardziej przekonuje się, że ciężko będzie mi stąd wyjechać. Pożegnać się z tymi wspaniałymi ludźmi, których tutaj poznałam. Sprawdza się tu stare porzekadło iż :

„ Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”

Nie przypuszczałabym nigdy, że po pierwsze tak się tu rozchoruje, że będę potrzebowała osoby, która będzie za mnie mówić lekarzowi co mi dolega, bo ja nie będę w stanie wydusić z siebie dźwięku, że każde wypowiedziane słowo będzie sprawiać mi niesamowity ból. Jak również nigdy bym nie podejrzewała, że spotka mnie tyle miłego ze strony innych Erasmusów. Doszłam już troszkę do siebie. Podobno nabrałam kolorków i zaczęłam się uśmiechać. Czyli jest już w miare dobrze, Choć jeszcze sporo czasu potrzeba, by wróciła tamta Anna. Tak naprawdę gdyby nie Oni, to pewnie byłabym dalej wegetującym warzywem, które nie było w stanie wstać z łóżka i napić się soku, nie wspominając już o jedzeniu.
Niektórzy z was to czytają inni nie. Mimo wszystko dziękuję za opiekę, zakupy za to, że po prostu byliście i nie baliście się, że was zarażę ;)

Zadziwiające jest również tutejsze podejście lekarzy do pacjentów. Pomijam fakt, że zanim zobaczyłam lekarza to musiałam już na wstępie czyli za samo zapisanie zapłacić 10 euro. Każdy lekarz wita się z chorym, podaje mu rękę, siada tak by był na wysokości pacjenta, aby ten mógł go dobrze widzieć. Początkowo sądziłam, że jako obcokrajowiec zostanę potraktowana przedmiotowo. Nic podobnego. Pani doktor była bardzo miła, wysłuchała, wszystko wyjaśniła, gdzie pójść i jakie formalności załatwić. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem i śmiem twierdzić że nasi polscy lekarze powinni brać z nich przykład. Może i w Polsce jest lepsze przygotowanie, nauka na wyższym poziomie, ale nie uczy się szacunku do pacjenta a to też jest bardzo ważne. Pacjent powinien czuć się dobrze i komfortowo podczas wizyty lekarskiej lub pobytu w szpitalu. Tutaj przy każdym obchodzie lekarskim jest tłumaczone pacjentowi na co jest chory, dlaczego ma takie i takie badania robione, przedstawiany jest cały stan zdrowia. Natomiast pobieranie krwi to jeden wielki rytuał. Lekarz zanim pobierze krew to 5 razy pogłaszcze, spyta jak się czujesz, 10 raz zdezynfekuje chore miejsce... A jak pacjent źle się poczuje i okaże się, że nie jadł śniadania. To 5 pielęgniarek leci po cole drugie 5 bo pączka, następne po łózko i czysta piżamkę.

Polsce niestety jeszcze daleko do zachodnich sąsiadów... A szkoda...